Niech ta cisza
będzie krzykiem
bo raną jest ciało
matki Anioła
i niech krew będzie
krwią prawdziwą
bo skrzydła wyrwano
i nie kłam że nie wiesz
że nie czujesz
przecież niesiesz mnie
w swych mdlejących ramionach

***

Madiel - Azael
Pióra gubisz
Przecież widzę
Noc jest ciemna
Wiem
Ale one spadają
I lśnią - tęczowe
Udajesz
Że to płatki śniegu
A noc jest taka zimna
Okryłbyś mnie skrzydłami
Madiel - Azael
Powiedz mi bym była ślepa

***

i w owej dusznej zmysłowości
jakby ze świata
Battaille'a
zakryłam przed Bogiem
sny
drażniła mnie ta strużka
świętej plwociny
żałosny
nie umiał ukryć
podniecenia

ANEKS DO SNU

synem byłam twoim
matko kryjąca się
w zbyt płytkich czeluściach
i urodziłaś mnie martwego
ja zaś byłam żywą

***

sztuczne wiersze
sztuczne myśli
tkam
uporczywie się wpatruję
żądam ciała
dla mych tworów
zwiedzam pustkę
i rozbieram eteryczne swe
kochanki
niech nie trwonią niewinności
ani wstydu
bowiem w rzęsach
skryłam maść na zapomnienie

***

jeszcze długo będę chować
i schowanych odnajdywać
żałość martwą żoną będzie
dla upadku
będę
będzie
lub będziemy
/powtórzenie dziełem jest przypadku/

***

zaprawdę powiadam wam
duszy nie sposób schować

***

słowo jest zbyt jałowe
by ukryć jałowość myśli

***

i znowu w kole
pragnąc namiętności
której nie będzie
zataczam się
pijana
żałuję tylko Ciebie
boś utracił mą poprzednią
a mnie we mnie
nie rozpoznasz

***

Kocham Cię myślami
wszystkich zdrajców
obmyślam zemstę zapobiegliwą
bo palisz mi usta
zbyt odległym oddechem
a ja mogę wyschnąć
bez słodkiej racji
Twojej śliny
znów chcesz mnie znaleźć martwą?

***

strawą bądź mi
boskim napojem
i łzami aniołów
krwią demonów zapadłych w sen
a zniknij się choćby na chwilę
oddam się tym
które nie śpią
asceto zazdrosny o Diabła

***

dziś piszę do Ciebie
mój dawny władco
nie zapomnę raniącej
pieszczoty Twych palców
nienawistnego spojrzenia
karbunkułów
lodowatych warg
smakujących moją krew
ale z Tobą jest Ta
która mnie zastąpi
żegnaj dziś
jestem z człowiekiem

***

by wytchnienia zaznało ciało Twe i dusza Twoja
by zwątpienie nie spaliło
Twojej naiwności
i w ramionach moich
byś odnalazł spokój
we mnie Niespokojnej
i zaklinam imionami zaginionych bogów
niech nikt nie odnajdzie
w Twoich oczach
upadłego Mesjasza

***

ja błagam w Tobie tylko
znużenie
jaskrawe sny
i niewysłane listy
by nie budziły mnie
ja i tak wstanę
nie patrzę bo nie płonę
zamieram
i gwiazdy w Twoich oczach
jakby spadające Jutrzenką
nie budźcie mnie
ja śpię
i nie śnię

***

zburzyłam się na wzór
słów
w ustach mojego kochanka
ale nie będę wyła
niemym bólem jak one

***

kocham Go za
kolor moich oczu
za cyniczną zmysłowość
za słowa nie znające sprzeciwu
za ewentualne pożądanie mnie
za niedane róże
niedobrze tylko że
zgaduje moje myśli
teraz właśnie

***

nie psuję zabawy Demiurgowi
on zawsze wygrywa
zmęczyła mnie tylko
jego napastliwość
więc jeśli myśli
o swoim następnym ruchu
to ja odpadam

***

zapomniałam się w objęciach
smutnego Diabła
obdarzył mnie dzieckiem
niestety ono spłonęło
gdy wyniosłam je na spacer
by podziwiało słońce
teraz rzucam popioły na wiatr
może on o mnie pamięta
znowu uczyni Matką
przyrzekam
tym razem będę uważała

***

rozpalam ogień ustami
niemocy szukając Demiurga
porzucił on wierną kochankę
Shechinah - wszechwiedzącą
dla tej bieglejsze w miłosnej sztuce
Ludzkości
w płomieniach mojego światła
widzę narodziny dwóch
boskich synów
którego z nich
mam uśmiercić?

***

bolą mnie paznokcie
głęboko wyrwane w ciało
tak niedawno jeszcze
wierzyłam w miłosierdzie
Boga błaganego przez Hioba
ale on mi nie ufa
i pociąga za sznurki
siedząc wewnątrz mojego ciała
paznokcie wbijają się w serce

***

gdybyś nie był Stwórcą
kazałabym Ci lizać moje stopy
nie dorównywałeś mi mądrością
a ja rodzę Ci synów sama z siebie
bo nawet nie jesteś mężczyzną
dowiedz się dziś
że będę miała dziecko
z jednym z Twych potomków
mam nadzieję że nie jesteś zgorszony

***

KRUCHOŚĆ

W gniewie drżą nieswoje ręce
i znak daje krew
co w plątaninie
papierowych żył płonie
mówię że wiem
kracze wypłowiała wrona
zmysły me goni
bo ducha nie złapię
a kryształowy kościec
rani odłamkami
kręgów-kieliszków
na jad mego węża
ramiona Diabła i oczy anioła
więc grzechem było
zbyt drobne ciało

***

zbyt namiętny jest spokój
duszy wcześnie zapalonej
***

i Ty kłamiesz
obrażasz
drwisz ze mnie
nie przyznasz się nigdy
a ja tak bym chciała
Cię pochłonąć
zazdrościsz Pierwszemu
znów się nie przyznajesz
drwisz
obrażasz
kłamiesz

***

nie wyrwiesz mnie
z ramion posądzanego
o pierwsze oszczerstwa

***

chciałabym mieć kochanka
który będzie płacił banknotami
za moje ciało
niech wyceni każdy gram
mnie
ja się na wszystko zgadzam
byleby nie było mniej
niż dziesięć złotych

***

okrutnie potraktowałam Boga
nie ulżyłam Jego cielesnym żądzom
nie był zadowolony
dlatego uczynił mnie kobiet
widzisz - jestem dla Ciebie
nie rozmawiaj ze mną - raczej pożądaj

***

potrzebuję słów
brakuje mi tego
czym bym mogła umrzeć
lub choćby szaleństwa
nikt nie zaufa tej
która raz na pół roku
cierpi z przepicia

***

chwała demonom
które obrały ziemię
za swój nowy dom
chwała nauczycielom zbrodni
dawcom rozkoszy
mistrzom tajemnic
i radosnemu męczennikowi
za nowo odkryte piękno
cześć Azazelowi

***

on należy do tych
co tkają i dziergają
życia zasłonę
na niej malując obrazy
cały świat w jedną nic zamotany
a ja się plączę
i zrywam pojedyncze włókienka
śmieję się
z ostatniego ornamentu
jaki on namalował
teraz przez sam środek Piekła
przebiega oczko

***

i tańczyć
jak zagra
muzyka sfer pustych
ten rytm rozdartych serc
przyśpieszać
tracić oddech
swą duszę
zostawić siebie
przed progiem

***

zostawiłam sen w pokoju
a on pali me domostwo
gryzie płomieniami
to co było przywiązaniem
śpiewa ogniem o wolności
wracam
- zapominam o nim
wśród zgliszczy

***

jedno zdrowie
w którym widzę proroctwo
choroby
rana tak zagojona
że czysta jak oko
Boga
czytam w niej religię
nie miłość
gniję w niej brudem
i wzrastam
triumfem bezradnym
i chciałabym
tym samym znakiem
ozdobić Twe czoło

***

żartuję
gdy nie kłamię
patrzę prosto w oczy
aniołom
co jeszcze nie upadły
mówię
- nie zagrażam wam
i wyciągam rękę
przeżartą wewnętrznym trądem
w ich stronę

***

nie wiem
nie potrafię rozdzielić
i trzymać tego
w dwóch oddzielnych butelkach
jakby to były
różne światy
nieracjonalnie wącham
i czuję
że razem fermentują te myśli
to słodkie wino
upojenie absurdem

***

kiełkujące pożądanie
znalazło doskonałe miejsce
na pełen rozkwit
i oczy już palą
i te ogniste pąki
rozwijają swe płatki
na dnie źrenicy

***

żałuj
ja nie po to otworzyłam
oczy by nie cierpieć
świat który
Ci przedstawiam
tętni bólem
ale jest nieskażony
lśniący niczym
ostrze noża
wbijanego w Twe
wnętrzności

***

nakarmię duchy
okruchami szkła
połamanymi igłami
niewidzialna krew
niech się sączy
niech płynie potokami
przeszłość ma być martwa
i zakonserwowana

***

wisi w przestrzeni
krzyk starty na proch
zdławiony już w gardle
zduszona niewinność
pierwotnego instynktu
chwytamy w dłonie
palące drobinki
i połykamy
jakby to był nasz głos

***

Rozpalasz ogniska
tak dawno zapomniany
w rozpaczy znów żywy
i każda myśl
to dzień Twego istnienia
moja myśl jest Twoja krwią
płynie
więc dbaj bym w sen
nie zapadała
to dlatego rozpalasz ogniska

***

zieleni się i złości
zazdrość za moimi plecami
w brokatach dama
kurtyzana przebiegła
i zagląda twoimi oczami
w moje
a słowa Twe wsuwa sobie
w stanik
spojrzenia przyczepia do podwiązek
potem zamienia się ze mną
bielizną niepraną

***

darmo żeś poszedł krwawic
na łany zbóż
już dawno płodne były
zemstą się karmi
Matka Ziemia
skazała Cię
na wiecznie nieprzyjętą
ofiarę

***
masz gardło rozdarte
rozpalone łzami
i łabędzim śpiewem
oznajmiasz
że nie odpowiesz na moje
pytanie

***

on jest portretem
zgaszonego światła
bogiem wybranych słów
nie łaknie ofiar
on jest mądrością niebyłą
zagadką zbyt dawno
rozwiązaną
kryje się w głębokich czeluściach
pudła na kapelusze

***

czego chcesz ode mnie Demiurgu
siódmy znaku nienawiści
przekoro zwiewna
zwątpienia głodna

***

Wypijmy nasze wino
Mój drogi
I pozdrówmy gwiazdy
Otwórzmy drzwi
Bądźmy
A wino niech się stanie
Białe jak łzy
A czerwone pozostanie we mnie
Żałuj
Bo zmartwienia
W spokoju nie doznamy
Żałuj
Rozkosz zostawiłeś
Innym

***

Dość żartów
Które się skończyły
Dość marzeń Fausta
Nie po to wróciłam sama
Ja Piekła dziś otwieram
Bramy
Demony śpią
Więc je obudzę
Wstań również Ty
Wiem żeś się skrył
W czeluściach tronu

***

gniewu mi nie okażesz
najwyżej pogardę
ale wypiszesz
na pergaminie mojej skóry
zaklęcie do Boga
zawołasz z głębokości mojego upadku
"Boże wysłuchaj mnie
Panie usłysz tą pieśń
To błaganie o cel
O mądrość
I o Zbawienie"
gniewu mi nie okażesz
najwyżej pogardę
a może to szacunek
do skóry
zdartej z żywego ciała
na cześć Boga

***

wszystko przyjmę
karm mnie obrzydliwością
tego świata
przełknę nawet sto ton
obojętności
bo nienawiścią nigdy mnie nie raczyłeś
/słyszałeś że lubię ostre pikantne potrawy/
więc dostaję od Ciebie
mdłą papkę Twej obojętności
gorzką galaretkę
z chrześcijańskiej hipokryzji
i suchy jak trociny chleb
niby-przyjacielskiej poufałości

***

czemu wciąż
wśród rozpalonych łąk dusz
opuszczonych ale nie samotnych
wiatr rozrywa swe piosenki
a strzępy ich
wplątują się w nasze włosy
ja nie wiem jak
długo
czekać mam
wewnątrz stępiałych myśli bliskich
na znak
na treść
namiętność
obiecaną
choć może nie mi...?

***

udam się dziś
w noc ciemną
a bezpieczną
w ręce Twoje
które mnie zmiażdżą
udam się w sen
i w orgazmem Zbawienie
w mrok gwałtu
który wyrwie mnie z ciała
w morze
naszego potu
w burze
oddechów
w nienasycenie śmiercią

***

Dla czarnej róży
połamane kolce
Dla czarnej róży
poranione palce
Nie myślę
już
bo nie wiem czy pamiętam
swoją krew
***

Dłońmi
rozpalam ogień
już cała poparzona
a widać tylko pot
krople iskier
Oddycham płomieniami
już płuca pełne dymu
a widać tylko rozchylone usta
pozbawione tchu

***

Znowu niewinność
targa me dobre imię
bezwstydnie rozsiadła sięv w
mojej rozpuście
już nawet kropla krwi
Jej nie usunie
bielą
udusiła ciało
A mimo to jestem Ja
teraz nieskalana
świecę czystą żądzą
ledwie narodzonej Bogini

***

Ten
który dał mi ogień
w krew go zaszczepił
teraz otworzył moje żyły
by pić
to co Ja
czuję
Ześlizguje się po Tobie
nie jestem już ciałem
tylko kroplą wina
Jestem
smakiem słońca
delikatnie parzę
Twoją skórę
zostawiam
na niej
zapach owoców
z Edenu

***

Stworzyły mnie
Twoje oczy
każdy skrawek mojej osoby
jest namalowany
Twoim wzrokiem
Nie śledzisz
moich ruchów
Ty nimi kierujesz
wedle znanych tylko sobie praw
kodu Twojej
rozkoszy....
ale ja Cię
wyprzedzę
i stworzę nowy szczyt
powyżej Niebios
głębszy
od Piekieł

***

Sen
obudził zmysły
widzę teraz
mój oddech
taki spokojny jest bez dotyku
taki... nie jest
nie napełnia płuc
ale sen budzi dalej
i już pierwszy dreszcz
pod palcami Marzenia
podnosi moje piersi
już żyć zaczynam
i krew zaczyna krążyć
za każdym drżeniem
w coraz gwałtowniejszym tańcu
a sen budzi dalej
bo mięśnie
napiętą cięciwą

by w ułamku sekundy
zwiotczeć
po męce drżenia
a błędne koło
dreszczy
obraca w szaleńczym tempie
i nerwów wyładowania
sprawiają
że cala świecę
chcę umrzeć
Marzenie
jest już
nożem
w moim
ciele

***

Woda uczy mnie
jak dotykać
gdy zmywa ze mnie zmęczenie
i brud tego świata
I woda uczy żyły
pulsować
pod cienką osłoną skóry
która napięta błyszczy wilgocią
Uczę się jak dotykać
gorącą wodą mokra
i śliska jak jedwab
poznaję się na nowo
szukam wilgoci własnego ciała
znajduję
mieszam z wodą
piję

***

Najbardziej znam Twój oddech
szybki
urywany
i szept
przez zaciśnięte zęby
a to co znam jest moim
nieskończonym dreszczem
śmiertelną trucizną
która sprawia że co noc
umieram w konwulsjach
lecz budzę się rano
i czuję kolejne drżenie
...poznaję coraz więcej

***

Żyję
Bez gorączki
Czasami tylko gryzę stół
Mam drzazgi w ustach
Ból
Bez gorączki
Zupełnie inny
Nie ten
Którego pragnę

***

Chce być swoją
Białą skórą
Napiętą na plecach
Przyjmującą z radością
Każdą purpurową linię
Chcę być miękkością pośladków
Uginającą się z rozkoszą
Pod każdym razem
Chcę być Twoimi ustami
Spijającymi triumfalnie
Ostatnie krople krwi
***

Oto ja, służebnica Pańska...
Panie, racz rozkazać
Memu ciału
By nie stawiało oporu
by swą uległością
Wielbiło Ciebie, Panie...
Racz dotknąć to uległe ciało
I ukarać wedle uznania
Niech poczuje Twą władzę, Panie...
Racz nakarmić
Już pełne skruchy
Sobą

***

Senność
Opiera głowę na moim ramieniu
Ociera się jak kot
I kusi
Więc mrużę oczy
Tak jak ona
I łukiem jest już
Mój koci grzbiet
Mruczę
I marzę
O ciepłym miejscu
Wygrzanym Twoim ciałem

***

Mogę być dla Ciebie
Owocem z Raju
O aromacie
Tak diabelskim
Że gdy wpijesz się we mnie ustami
Nigdy nie będziesz syty
Mych soków
Mogę być
Dziką bestią
W której Ty myśliwy
Wiele razy zanurzysz swe ostrze
Nim polegnę
W tej śmiertelnej walce
Mogę być posągiem
Podziwianym przez ślepego twórcę
Ożywionym jego palcami
Mogę być boginią
Przez której ciało
Biegnie droga
Do wrót niebios

***

Nie pytaj dlaczego
Moją rozkoszą
Jest każdy ból
Który mi zadajesz
Ty
Co wiesz i znaszv
Wszystkie tajemnice
Jakie kryje
Moje ciało
Bowiem jestem życzeniem
Które kiedyś wypowiedziałeś

***

Złośliwy uśmiech
Niebiańskiej kobiety
Śledzi mnie sierpem w kałuży
Straszliwa szydzi
Resztkami swego
Monolitu Srebra
Spokojna
Szepcze
"Znana mi każda Twa zbrodnia"

***

Każda łza
To nadmiar soli i wody
Każda kropla krwi
To tylko zbytek życia
Marnotrawię je wszystkie
Myślą, mową, uczynkiem i zaniedbaniem

***

Sztylet
Na znak wieczności
Drąży swój tunel
W mych myślach
Ja nie chcę ran
Ja nie chcę ran
Ja nie chcę ran
Moją mantrą
Na dzisiaj
I sztylet
Jak miecz obosieczny
Rozrywa mnie na części
Ból się rozlewa
Po świecie
I krzyczy
Ja nie chcę ran
Ja nie chcę ran
Ja nie chcę ran
Na wieczność

***

Stoję
Głodna
Ciałem
I już nic nie pragnę
Pustka mnie wypełnia
Pali
Jestem
Tu i teraz
Sama
Nie przyciągam
Wszechświata
Jak w próżni zawieszona
Planeta
Krążę wokół Słońca
Myślą
Zbudzoną
Ze snu wiecznego

***

Jesteś meteorem
Darem kosmosu
Zniszczeniem duszy
Żarzysz się
Światłem Boga
Jesteś jego
Dotykiem
Na ciele
Ziemi

***

Wędruję bezcieleśnie
Jak mgła
Nie mogę dotknąć
Istoty Boga
Który nie jest
***

I ta kartka
Papieru
Którą jestem
Dzisiaj
Taka gładka
I jakże łatwopalna
Żarzę się
Twoją namiętnością
Garstka popiołu
To
Twoje dzieło

JABŁKO

W dłoni Ewy
Znak
Wiecznej mądrości
I ja niepewna
Tego poczęstunku
A owoc
Lśni złotem
Dojrzałości
Wyhodowany
Przez Lilith
Triumf woli
Nieświadomej
Kobiety

RÓŻA

Ja jeszcze nie zwiędnę
Krew w moich
Żyłach
Jasno-purpurowa
Dopóki kaleczę
Jestem Panią Pychy
Jakże nietrwałej
Delikatnej
Zduszonej
W dłoniach Władcy
Ja jeszcze nie zwiędnę
Pijąc jego Życie

ZANIM

Stoję
Lustro
Twarz
Moja maska
Bogini ukryta
Trwam w pośpiechu
Tworzenia
Siebie
I już widzę ogień
W Twych oczach
Które teraz nieobecne
Pragną
Świętości
Odkrytego piękna

KROPLE

Wino którym mnie poisz
To oszołomienie
Przed-rozkoszą
Więc chcę być
Łukiem Triumfalnym
W Twoich ramionach
Wiec chcę Cię poić
Również
Boskością mojego
Wnętrza
I Ty chcesz teraz
Być mieczem bogów
W mym ciele
***

Nie ma nic boskiego
W krwi
Którą zapisałam
Tylko żyły
Mają
Niebiański rodowód

***

Tętnię z zewnątrz energią
Jakbym była Kosmosem
Poronionym boskim płodem
Dziś będę
Rajskim ptakiem
Zostawię
Ziemskie ciało
Na pastwę
Sępów